Ogłoszenie



Zima Muminków - część 3. (rozdziały 5-6)

ROZDZIAŁ PIĄTY
GOŚCIE

Słońce z każdym dniem wznosiło się wyżej na niebie. W końcu wzeszło tak wysoko, że kilka ostrożnych promieni padło na dolinę. Był to ogromnie ważny dzień. Również i z tej przyczyny, że po południu zjawił się obcy przybysz.
Był nim mały, chudy pies w naciągniętej na oczy dziurawej wełnianej czapce. Twierdził, że nazywa się Ynk i że zapasy żywności w dalej położonych dolinach skończyły się od dawna. Od czasu kiedy przyszła Lodowa Pani, jeszcze trudniej znaleźć coś do jedzenia. Jakiś zrozpaczony Paszczak zjadł podobno własny zbiór chrząszczy, ale musiała to być plotka. Zjadł bowiem raczej zbiór swojego kolegi. W każdym razie liczne rzesze były w drodze do Doliny Muminków.
Ktoś opowiadał, że w dolinie są owoce jarzębiny i piwnica pełna konfitur. Chociaż z tą piwnicą i z konfiturami to najpewniej tylko pogłoska...
Ynk usiadł na śniegu na swoim chudym ogólnie, a cały jego pysk sfałdował się od trosk.
- Żyjemy zupą rybną - powiedziała Too-tiki. - Nigdy nie słyszałam o żadnej piwnicy z konfiturami.
Muminek rzucił szybkie spojrzenie na krągłą zaspę za szopą na drzewo.
- To tam! - objaśniła mała Mi. - Tam jest tyle konfitur, że aż się niedobrze robi. Na każdym słoiku jest data i wszystkie przykrywki obwiązane są czerwonym sznurkiem!
- To ja właściwie pilnuję rzeczy mojej rodziny, kiedy oni śpią - powiedział Muminek czerwieniąc się.
- Naturalnie - bąknął Ynk z rezygnacją.
Muminek spojrzał na werandę, a następnie na sfałdowany pysk Ynka.
- Lubisz konfitury? - spytał ze złością.
- Nie wiem - odparł Ynk.
Muminek westchnął.
- No, dobrze - powiedział. - Ale pamiętaj, że zacznę od najstarszych słoików.

.oOo.

W kilka godzin później przez most przeszła cała gromada drobiazgu, a jakaś zatroskana Filifionka biegała tu i tam po ogrodzie i żaliła się. Jej rośliny doniczkowe pomarzły. Jej żywność ktoś zjadł. A w drodze do Doliny Muminków spotkała jakąś bezczelną osobę, która powiedziała, że zima to nie żarty i trzeba było sobie zawczasu wszystko przygotować.
O zmroku dolinę wypełnił tłum, który zdążył już wydeptać ścieżki do piwnicy z konfiturami.
Ci, którym pozostało trochę więcej sił w nogach, szli nad brzeg morza, do kabiny, i tam się osiedlali.
Ale w grocie nikomu nie było wolno zamieszkać.
Mała Mi tłumaczyła wszystkim, że nie można zakłócać spokoju Mimbli.
Przed domem Muminków siedziała największa biedota i lamentowała.
Muminek wyszedł przez klapę z lampą naftową w łapce i poświecił na nich.
- Teraz musicie wejść tu na noc - powiedział. - Nie można być niczego pewnym, kiedy Buka i nie wiadomo kto jeszcze włóczy się po okolicy.
- Za nic nie wejdę po sznurowej drabinie! - oświadczyła jakaś staruszka z rodu Homków.
Więc Muminek zaczął kopać przejście do drzwi frontowych.
Skrobał i odgarniał śnieg, pracując bez wytchnienia. Wykopał długi, wąski tunel, ale kiedy nareszcie dotarł do ściany domu, nie było tam wcale drzwi. Tylko zamarznięte okno.
- Musiałem zacząć kopać w złym miejscu - powiedział do siebie. - Ale gdybym spróbował wykopać nowy tunel, to mógłbym w ogóle ominąć miejsce, gdzie stoi dom.
Dlatego też najostrożniej, jak umiał, wybił szybę i goście powłazili przez okno.
- Nie zbudźcie mojej rodziny - poprosił Muminek. - Tu śpi Mama, tam Tatuś, a tam Panna Migotka. Mój przodek śpi w piecu.
Będziecie musieli pookręcać się w dywany, bo wszystko inne zostało wypożyczone.
Goście ukłonili się śpiącej rodzinie. Potem grzecznie pozawijali się w dywany i obrusy, a najmniejsi usnęli w czapkach, pantoflach i tym podobnych rzeczach. Wielu miało katar, a niektórym było tęskno do domu.
„To okropne - myślał Muminek. - Piwnica z konfiturami niedługo już będzie pusta. I co ja powiem, kiedy rodzina obudzi się na wiosnę? Obrazy wiszą krzywo i taki tłum w domu”.
Wygramolił się powrotem przez tunel, żeby zobaczyć, czy nikogo nie zapomniano na dworze.
Księżyc świecił niebiesko, a na śniegu siedział samotny Ynk i wył. Z pyskiem zadartym prosto w górę wył jakąś długą, melancholijną pieśń.
- Dlaczego nie idziesz spać? - spytał Muminek.
Ynk spojrzał na niego oczami, które w świetle księżyca zrobiły się zielone. Jedno jego ucho sterczało prosto w górę, podczas gdy drugie nasłuchiwało z boku. Cały jego pysk nasłuchiwał.
Z bardzo daleka usłyszeli wycie wilków. Ynk ponuro kiwnął głową i naciągnął czapkę.
- To moi wielcy, silni bracia - szepnął. - Gdybyś wiedział, jak ja tęsknię do nich.
- A nie boisz się? - spytał Muminek.
- Boję się - odrzekł Ynk. - I to jest właśnie takie okropne.
Potem ruszył wydeptaną ścieżką do kabiny.
A Muminek przez tunel wrócił do salonu.
Jakaś drobinka leśna przestraszyła się lustra i siedziała szlochając w tramwaju z morskiej pianki.
Poza tym panowała cisza.
„Jakie to kłopoty przytrafiają się niektórym - pomyślał Muminek. - Może z tymi konfiturami nie jest aż tak źle. Mogę przecież zawsze schować jeden słoik na niedzielę. Ten z konfiturami truskawkowymi. Na razie”.

.oOo.

O wschodzie słońca dolinę obudziła czysta, przenikliwa gra na trąbie. Mi usiadła na posłaniu w grocie i zaczęła wybijać nogami takt. Too-tiki nastawiła uszu, a pies Ynk podkuliwszy ogon wsunął się pod ławę.
Przodek Muminka z irytacją trzaskał rusztem, a większość gości obudziła się.
Muminek podbiegł do okna i przez tunel wydostał się na dwór.
W bladym zimowym słońcu zbliżał się zjeżdżając ze stoku ogromny Paszczak. Dął w lśniącą mosiężną trąbę i wyglądało na to, że czuje się wyśmienicie.
„Ten to zje dużo konfitur - pomyślał Muminek. - I co to on ma na nogach?”
Paszczak odłożył trąbę na dach drewutni i zdjął narty.
- Macie tu doskonałe tereny - powiedział. - Czy jest może slalom?
- Zaraz się dowiem - odrzekł Muminek.
Wrócił da salonu i spytał:
- Czy jest tu ktoś, kto nazywa się Slalom? - - Ja się nazywam Salome - szepnęła drobinka leśna, która przestraszyła się lustra.
Muminek wyszedł do Paszczaka i powiedział:
- Prawie. Ale niezupełnie. Jest jedna, która nazywa się Salome.
Ale Paszczak rozglądał się po poletku, na którym Tatuś Muminka uprawiał tytoń, i nie słuchał.
- To jest dobre miejsce na dom - powiedział. - Zbudujemy tu domek ze śniegu.
- Może pan zamieszkać u mnie - powiedział Muminek z wahaniem.
- Nie, dziękuję - odparł Paszczak. - To niezdrowo; za mało powietrza. Chcę świeżego powietrza, dużo świeżego powietrza. Nie traćmy czasu i zabierajmy się do roboty.
Goście Muminka powoli wychodzili z domu. Stawali i przyglądali się.
- Czy nie mógłby jeszcze czegoś zagrać? - spytała Salome.
- Wszystko w swoim czasie - odpowiedział Paszczak wesoło. - Teraz będziemy pracować. W chwilę później wszyscy goście zajęci byli budowaniem domku ze śniegu na tytoniowych grządkach Tatusia Muminka. Paszczak natomiast ku przerażeniu przyglądającego się mu zziębniętego drobiazgu leśnego zanurzył się kilka razy w rzece.
Muminek pobiegł do kabiny tak szybko, jak tylko nogi mogły go zanieść.
- Too-tiki! - krzyczał. - Przyszedł tu jeden Paszczak.
Będzie mieszkał w domku ze śniegu, a teraz kąpie się w rzece!
- Oj, to t e n rodzaj Paszczaka! - powiedziała Too-tiki z powagą. - No, to już możemy pożegnać się ze spokojem.
Odłożyła wędkę i poszła z Muminkiem. Po drodze spotkała małą Mi; była ogromnie podniecona.
- Widzieliście, co on ma na nogach? - krzyczała. - To się nazywa: narty! Zaraz będę miała zupełnie takie same!
Dom Paszczaka powoli nabierał kształtów. Goście harowali, jak mogli, rzucając tęskne spojrzenia w stronę piwnicy z konfiturami. Paszczak tymczasem gimnastykował się nad rzeką.
- Czy to nie wspaniała rzecz: mróz - powiedział. - Nigdy nie jestem w tak dobrej formie jak w zimie. A wy nie wykąpiecie się przed śniadaniem?
Muminek przyglądał się koszulce Paszczaka, czarnej z cytrynowożółtym, zygzakowatym wzorem. Zastanawiał się, stroskany, dlaczego Paszczak nie wydaje mu się sympatyczny. Przecież wciąż tęsknił i tęsknił za kimś, kto nie byłby tajemniczy i daleki, lecz wesoły i rzeczywisty, właśnie taki, jak Paszczak.
Teraz zaś czuł się bardziej obco wobec Paszczaka niż wobec gniewnego i niezrozumiałego stworzenia spod szafki.
Spojrzał bezradnie na Too-tiki. Z uniesionymi brwiami i wysuniętą dolną wargą przyglądała się swojej wełnianej rękawiczce. Muminek zrozumiał, że i jej także Paszczak się nie podoba. Z uprzejmością wynikającą z nieczystego sumienia zwróci się do Paszczaka:
- To musi być wspaniałe tak lubić zimną wodę.
- To najlepsze, co znam - odparł Paszczak rozpromieniony. - Odpędza wszelkie niepotrzebne myśli i fantazje. Wierzcie mi: nie ma nic niebezpieczniejszego od ciągłego przesiadywania w domu.
- Hhy? - powiedział Muminek.
- Tak. Od tego przychodzą tylko do głowy różne pomysły. O której jadacie śniadanie?
- Kiedy nałowię ryb - odpowiedziała Too-tiki z przekorą.
- Nie jadam ryb - stwierdził Paszczak. - Tylko jarzyny i jagody.
- A może konfitury z żurawin? - spytał Muminek z nadzieją.
Duży gliniany garnek z przecierem żurawinowym był jedyną rzeczą, która nie miała powodzenia.
Ale Paszczak odpowiedział:
- Nie, najchętniej truskawki.

.oOo.

Po śniadaniu Paszczak przypiął narty i wszedł na najwyższy z pobliskich pagórków, na ten, w którego zboczu znajdowała się grota.
Na dole przed pagórkiem stali wszyscy goście i przyglądali się, trochę niepewni, co o tym sądzić.
Tupali łapkami w śniegu i coraz to wycierali nosy, gdyż dzień był bardzo mroźny.
Naraz ukazał się Paszczak zjeżdżający na nartach. Był to widok przeraźliwy. Na samym środku pagórka skręcił w bok, cały w chmurze iskrzącego się, śnieżnego pyłu, i pojechał w inną stronę.
Potem zakrzyknął ze swadą i znowu skręcił. Jechał zakosami raz tu, raz tam, a jego czarno-żółta koszulka drażniła oczy do łez.
Więc Muminek zmrużył oczy. I pomyślał: „Jaki każdy jest inny”.
Mała Mi stała na szczycie pagórka krzycząc z radości i podziwu. Rozbiła beczkę i przywiązała sobie do bucików dwie klepki.
- Teraz ja zjeżdżam! - zawołała i bez wahania śmignęła z pagórka w dół. Muminek spojrzał na pagórek jednym okiem i doszedł do wniosku, że Mi da sobie radę. Na jej małej, złej twarzy malowała się pewność, nogi trzymała sztywno jak kołki.
Muminek poczuł się nagle ogromnie dumny. Mała Mi jechała z całą świadomością wielkiego ryzyka; minęła w przerażającej bliskości jakąś sosnę, zachwiała się, złapała równowagę - i już była na dole - siedziała w śniegu śmiejąc się na całe gardło.
- Ona należy do moich najdawniejszych przyjaciół - wyjaśnił Filifionce.
- Wierzę ci - odparła Filifionka kwaśno. - Kiedy w tym domu pija się kawę?
Naprzeciw nich szedł Paszczak. Zdjął narty, a z jego pyska biło ciepło i życzliwość.
- Teraz nauczymy Muminka jeździć na nartach - powiedział.
- Nie mam ochoty, dziękuję - mruknął Muminek i cofnął się trochę. Rozejrzał się za Too-tiki. Ale Too-tiki już nie było: być może poszła nałowić ryb na nową zupę.
- Tylko nie trzeba się bać - powiedział Paszczak zachęcająco i przypiął narty do łapek Muminka.
- Ale ja nie chcę... - zaczął Muminek żałośnie.
Mała Mi przyglądała mu się z wysoko podniesionymi brwiami.
- No, dobrze - powiedział Muminek ponuro. - Ale nie z dużego pagórka.
- Oczywiście, tylko z tego stoku do mostu - zgodził się Paszczak. - Zegnij kolana. Pochyl się do przodu. Uważaj, żeby narty się nie rozjeżdżały. Górna część tułowia wyprostowana. Ramiona przyciśnięte do ciała. Będziesz pamiętał, co powiedziałem?
- Nie - odrzekł Muminek.
Ktoś pchnął go w plecy. Muminek zacisnął oczy i zaczęła się jazda. To znaczy wpierw rozjechały się narty, tak szeroko, jak tylko mogły. Potem wjechały na siebie i splątały się z kijami. Aż w końcu w środku tego wszystkiego leżał Muminek, a leżał w bardzo dziwnej pozycji.
Goście trochę się ożywili.
- Trzeba być cierpliwym - tłumaczył Paszczak. - Wstawaj, mały przyjacielu, zrobimy powtórkę.
- Nogi mi się trzęsą - wyszeptał Muminek.
To chyba było jeszcze gorsze niż samotność w zimie. Nawet słońce, za którym tak okropnie tęsknił, świeciło prosto w dolinę i widziało jego klęskę.
Tym razem most w szalonym pędzie wjeżdżał pod górę. Muminek, aby utrzymać równowagę, uniósł w powietrze jedną nogę. Druga noga jechała sama i w sobie tylko znanym kierunku. Goście wiwatowali, jakby doszli do przekonania, iż życie znów zaczyna być zabawne.
Nie było już teraz żadnego w dół czy w górę. Był tylko śnieg, nieszczęście i katastrofa.
Aż w końcu, z ogonkiem umoczonym w zimnej wodzie, Muminek zawisł na krzakach wierzby tuż nad brzegiem rzeki, a cały świat wypełniły narty, kije do nart i nowe, niebezpieczne możliwości.
- Nie wolno tracić odwagi! - powiedział Paszczak przyjaźnie.
- Jeszcze raz!
Ale Muminek nie zjechał już więcej, ponieważ stracił odwagę.
Stracił ją naprawdę, lecz w długi jeszcze czas po owych wydarzeniach często śnił mu się ów trzeci, triumfalny zjazd.
Wjeżdża na most pięknym skrętem i z uśmiechem odwraca się do wszystkich, a oni krzyczą z podziwu. No, ale oczywiście tak się nie stało.
Zamiast tego Muminek powiedział:
- Idę do domu. Zjeżdżajcie sobie, ile chcecie, ale ja idę do domu.
Nie patrząc na nikogo wszedł do tunelu, a potem do salonu i zaszył się w swoim kącie pod fotelem na biegunach. I tu dobiegały radosne pohukiwania Paszczaka. Muminek wetknął głowę do kaflowego pieca i szepnął:
- Ja też go nie lubię.
Przodek poprószył nieco sadzą, być może, aby okazać mu przez to sympatię. Muminek więc spokojnie zabrał się do rysowania.
Kawałkiem węgla na tylnej stronie oparcia kanapy narysował Paszczaka wbitego głową w śnieżną zaspę. A na ruszcie w piecu postawił duży słój konfitur truskawkowych.
.oOo.

Przez następny tydzień Too-tiki siedziała uparcie pod lodem i łowiła ryby. Obok niej, pod zielonym sufitem, ustawiał się długi szereg gości - również łowili ryby. Byli to ci z gości, którzy nie przepadali za Paszczakiem. W domu Muminków powoli skupiały się te osoby, którym nie zależało na demonstracjach, które nie miały na nie sił lub odwagi.
Co dzień wczesnym rankiem Paszczak wtykał głowę przez rozbitą szybę i oświetlał ich pochodnią. Lubił pochodnie i ogniska obozowe - kto tego nie lubi - lecz zawsze wyskakiwał z nimi nie w porę.
Goście zaś nadzwyczaj cenili sobie długie, trochę przebałaganione przedpołudnia, chwile, kiedy powoli robił się dzień, a oni opowiadali sobie, co im się śniło, i słuchali odgłosów z kuchni, gdzie Muminek przyrządzał kawę.
Wszystko to psuł Paszczak. Zaczynał zwykle od stwierdzenia, że powietrze w mieszkaniu jest zbyt ciężkie i duszne, i rozwodził się, jak to chłodno i przyjemnie jest na dworze.
Następnie zaś, nastrojony niezmiernie towarzysko, rozprawiał o możliwościach wykorzystania nowego dnia. Faktem jest, że robił wszystko, co mógł, aby uprzyjemnić im czas, i nigdy się nie obrażał, kiedy nie chcieli się bawić. Klepał ich lekko w plecy i mówił:
- Dobra, dobra. Powoli przekonacie się, że mam rację.
Jedyną osobą, która wszędzie towarzyszyła Paszczakowi, była mała Mi. Chętnie i szczodrze uczył ją wszystkiego, co tylko wiedział o jeździe na nartach, i aż promieniał z radości, widząc jej szybkie postępy.
- Panieneczko - mówił - panieneczka musiała urodzić się na nartach! Niedługo panieneczka mnie pobije!
- Właśnie o to chodzi! - szczerze wyznała Mi.
Lecz kiedy nauczyła się już wszystkiego, co było jej potrzebne, znikła gdzieś i jeździła po sobie tylko znanych pagórkach, o których nikt poza nią nie wiedział, a na Paszczaka nie zwracała już uwagi.
Jak się działo, tak się działo, w każdym razie coraz to więcej i więcej osób schodziło cichaczem pod lód, aby łowić ryby, aż w końcu tylko samotna czarno-żółta koszulka Paszczaka świeciła na pagórku.
Gościom nie podobało się, że próbowano ich wciągnąć w coś nowego i kłopotliwego. Lubili siedzieć i gawędzić o dawnych czasach sprzed nadejścia Lodowej Pani, kiedy mieli jeszcze zapasy jedzenia. Opowiadali sobie nawzajem, jak mają umeblowane domy i z kim są spokrewnieni, z kim utrzymują stosunki towarzyskie i jakie to było okropne, kiedy przyszedł ten wielki mróz i wszystko się zmieniło.
Przysuwali się bliżej żelaznego piecyka słuchając opowiadań innych, aż wreszcie i na nich przychodziła kolej.
Muminek widział, że Paszczak był coraz bardziej osamotniony.
„Muszę go stąd wyprawić, nim sam to zauważy - pomyślał Muminek. - I nim wszystkie konfitury się skończą”.
Ale niełatwo było znaleźć pretekst, który byłby równie wiarygodny, jak taktowny.
Paszczak zjeżdżał czasem na nartach nad brzeg morza i usiłował wywabić z kabiny psa Ynka. Ale Ynk nie okazywał zainteresowania ani psim zaprzęgiem, ani też zjazdami. Po całych nocach przesiadywał na dworze wyjąc do księżyca, w dzień zaś był zmęczony i spał.
W końcu Paszczak odstawił kije i powiedział błagalnie:
- Zrozum, ja tak okropnie lubię psy. Zawsze myślałem, że kiedyś będę miał własnego psa, który mnie także będzie lubił.
Dlaczego nie chcesz się ze mną bawić?
- Nie wiem - bąknął Ynk i poczerwieniał. Następnie czym prędzej czmychnął do kabiny, aby dalej śnić o wilkach.
Z wilkami chciałby się bawić, Byłoby dla niego bezgranicznym szczęściem móc uganiać się z wilkami, towarzyszyć im wszędzie, robić, co one, i spełniać wszelkie ich życzenia. Powoli zmieniłby się i byłby równie dziki i wolny jak one.
Co noc, kiedy światło księżyca iskrzyło się w lodowych kwiatach na szybie, Ynk budził się, siadał i nasłuchiwał. I co noc wkładał na uszy swoją wełnianą czapkę i wychodził na dwór.
Szedł zawsze tą samą drogą, na skos brzegiem morza i przez pagórek do lasu. Docierał aż tam, gdzie las się przerzedzał i skąd widać było Góry Samotne. Siadał na śniegu i czekał, póki nie usłyszał wycia wilków. Czasem były bardzo daleko, czasem bliżej.
Ale wyły niemal każdej nocy.
A Ynk za każdym razem, kiedy je usłyszał, zadzierał pysk i odpowiadał. Nad ranem chyłkiem wracał do domu i wchodził do szafy w kabinie, żeby się wyspać.
Too-tiki popatrzyła kiedyś na niego i powiedziała:
- W ten sposób nigdy o nich nie zapomnisz.
- Nie chcę o nich zapomnieć - odrzekł Ynk. - I dlatego właśnie tam chodzę.

.oOo.

Dziwna rzecz, ale najbardziej nieśmiała ze wszystkich drobinka leśna Salome naprawdę lubiła Paszczaka. Wciąż miała nadzieję, że kiedyś jeszcze posłyszy go grającego na trąbie. Niestety Paszczak był tak duży i zawsze tak mu się śpieszyło, że nigdy nie zwrócił na nią uwagi.
Jak szybko by nie biegła, zawsze już zdążył odjechać na swoich nartach, a gdy w końcu usłyszała muzykę, muzyka zaraz milkła, a Paszczak zajmował się czymś innym.
Salome usiłowała kilkakrotnie wytłumaczyć mu, jak bardzo go podziwia. Lecz by osiągnąć swój cel, była zbyt nieśmiała i zbyt wiele czasu poświęcała na zawiłe wstępy, a Paszczak nigdy nie był dobrym słuchaczem.
Tak więc nie zostało powiedziane nic, co miałoby jakiekolwiek znaczenie.
Którejś nocy drobinka Salome obudziła się w tramwaju z morskiej pianki, gdzie urządziła się na tylnej platformie. Było tam trochę niewygodnie spać na tych wszystkich guzikach i agrafkach, które rodzina Muminków z biegiem czasu powkładała do tramwaju, mimo że był ozdobą ich salonu. A Salome, ma się rozumieć, była zbyt delikatna, żeby je wyjąć.
Usłyszała, że Too-tiki i Muminek rozmawiają pad fotelem na biegunach i zaraz zrozumiała, że sprawa dotyczy jej ukochanego Paszczaka.
- Tak dalej być nie może - słychać było w ciemności głos Too-tiki. - Musimy odzyskać spokój. Odkąd zaczął grać na tej swojej trąbie, moja muzykalna mysz nie chce grać na flecie.
Większość moich niewidzialnych przyjaciół uciekła na północ.
Goście są podenerwowani, pozaziębiani od tego ciągłego siedzenia pod lodem. A Ynk siedzi w szafie aż do zmroku. Ktoś musi mu powiedzieć, żeby sobie poszedł.
- Ja nie - powiedział Muminek. - On jest przekonany, że my go lubimy.
- W takim razie zrobi się to w inny sposób - powiedziała Too-tiki. - Powiemy mu, że pagórki w Górach Samotnych są o wiele wyższe i o wiele lepsze niż tutaj.
- Ale tam przecież nie ma takich pagórków, po których można jeździć na nartach - obruszył się Muminek. - Tylko same przepaści i wystrzępione skały, i ani trochę śniegu.
Drobinkę leśną Salome przeszedł dreszcz i do oczu napłynęły jej łzy.
- Paszczak zawsze da sobie radę - powiedziała Too-tiki. - Myślisz, że lepiej będzie, kiedy sam zrozumie, że go nie lubimy?
Zastanów się nad tym.
- A czy ty nie mogłabyś tego zrobić? - poprosił Muminek żałośnie.
- On przecież mieszka w twoim ogrodzie - odrzekła Too-tiki.
- Weź się w garść. Tak będzie najlepiej dla wszystkich. Również i dla niego. - Potem Too-tiki wyszła przez okno. Zrobiło się cicho.
Salome nie spała, wpatrując się w ciemności. Mieli więc zamiar pozbyć się Paszczaka i mosiężnej trąby. Chcieli, żeby wpadł w przepaść. Pozostawała tylko jedna rzecz o zrobienia. Należało go ostrzec przed Samotnymi Górami. Ale ostrożnie. Tak, żeby nie zrozumiał, że chcą go się pozbyć, i żeby mu nie było przykro.
Salome leżała nie śpiąc i martwiąc się przez całą noc. Ale jej mała głowa nie była przyzwyczajona do tak poważnych rozmyślań i gdy nadszedł ranek - nie było na to rady - usnęła. Przespała poranną kawę i obiad i w ogóle wszyscy o niej zapomnieli.

.oOo.

Po śniadaniu Muminek wybrał się na pagórek.
- Hej! - przywitał go Paszczak. - Cieszę się, żeś przyszedł!
Jak chcesz, mogę cię nauczyć małego, zupełnie łatwego skrętu, który jest najzupełniej bezpieczny.
- Dziękuję, nie teraz! - odpowiedział Muminek i poczuł się okropnie nieszczęśliwy. - Przyszedłem porozmawiać.
- To miło - ucieszył się Paszczak. - Jak zauważyłem, to wy tacy za bardzo rozmowni nie jesteście. Jak tylko się pojawię, przestajecie mówić i uciekacie.
Muminek szybko spojrzał na niego, ale wyglądało na to, że Paszczak jest tylko ciekaw i wesół. Wtedy Muminek zaczerpnął powietrza i powiedział:
- Chodzi o to, że w Górach Samotnych są podobno zupełnie znakomite pagórki.
- Co ty mówisz? - powiedział Paszczak.
- A jakże! Olbrzymie! - mówił dalej Muminek nerwowo. - Idą w górę i w dół i są zupełnie olbrzymie!
- Trzeba by zbadać - odpowiedział Paszczak. - Ale to jest dość daleko. Jeśli tam wyruszę, może się zdarzyć, że nie spotkamy się już tej wiosny. A szkoda byłoby, co?
- Tak - skłamał Muminek i zaczerwienił się gwałtownie.
- Ale pomyśleć tylko - zastanawiał się Paszczak. - To byłoby życie wśród dzikiej przyrody! Wieczorami ognisko, a każdego ranka nowe szczyty do pokonania! Długie biegi w dolinach, miękki, nietknięty śnieg, taki, co aż trzeszczy pod nartami...
Paszczak oddał się marzeniom.
- Jesteś doprawdy miły, że interesujesz się moim narciarstwem - powiedział z wdzięcznością.
Muminek patrzył na niego z napięciem. A że nie mógł już dłużej wytrzymać, więc krzyknął: - Ale te pagórki są niebezpieczne!
- Nie dla mnie - odparł Paszczak. - Miło z twojej strony, że mnie ostrzegasz, ale ja, trzeba ci wiedzieć, kocham pagórki.
- Ale te pagórki są zupełnie niemożliwe! - krzyknął Muminek.
- Biegną prosto do przepaści i nawet nie ma na nich śniegu!
Wprowadziłem cię w błąd. Teraz nagle mi się przypomniało, że one wcale nie nadają się do jazdy na nartach!
- Jesteś pewien? - spytał Paszczak zdziwiony.
- Najzupełniej - zapewnił Muminek. - Mój kochany, zostań lepiej u nas. Mam właśnie zamiar uczyć się jeździć na nartach...
- No, jeżeli tak, to dobrze - odrzekł Paszczak. - Jeżeli tak koniecznie chcecie, żebym został.
Po rozmowie z Paszczakiem Muminek był zanadto wzburzony, żeby iść do domu. Poszedł nad brzeg morza i ruszył przed siebie, z daleka obchodząc kabinę.
Czuł coraz większą ulgę, w końcu zrobiło mu się niemal wesoło. Szedł brzegiem morza pogwizdując i kopiąc przed sobą kawałek lodu. I wtedy zaczął wolno padać śnieg.
Był to pierwszy śnieg po Nowym Roku i Muminek, który nigdy dotąd nie widział padającego śniegu, niezmiernie się zdziwił.
Płatki jeden po drugim lądowały na jego ciepłym pyszczku i tajały. Chwytał je łapką, aby się nimi cieszyć przez krótką chwilę, patrzył w górę i przyglądał się, jak spadają ku niemu, jak jest ich coraz więcej i więcej, miększe i lżejsze niż ptasi puch.
„A więc to tak - rozmyślał Muminek. - A mnie się zawsze wydawało, że śnieg rośnie na ziemi”.
Powietrze stało się łagodniejsze. Wokół nic nie było widać, padający śnieg zasłonił wszystko. Muminka ogarnął taki sam zachwyt, jaki czuł latem, gdy brodził w morzu. Zdjął płaszcz kąpielowy i rzucił się jak długi w zaspę.
„Zima! - myślał. - Przecież można ją lubić!”

.oOo.

Drobinka Salome obudziła się o zmroku z uczuciem lęku, że na coś już jest za późno. Potem przypomniał się jej Paszczak.
Zeskoczyła z komody, wpierw na krzesło, potem na podłogę.
Salon był pusty, wszyscy bowiem poszli do kabiny na obiad. Wdrapała się na okno i ze ściśniętym gardłem wybiegła przez tunel.
Na dworze nie było ani księżyca, ani zorzy polarnej. Padał gęsty śnieg, który lepił się do twarzy i do sukienki i sprawiał, że trudno było iść. Dobrnęła do domku ze śniegu, gdzie mieszkał Paszczak, i zajrzała do środka. Było tam ciemno i pusto.
Wtedy ogarnęła ją panika i ruszyła przed siebie w zawieję.
Nawoływała swojego ukochanego Paszczaka, lecz wyglądało to mniej więcej, jakby ktoś starał się krzyczeć przez puchowe poduszki. Jej lekkie ślady w mgnieniu oka zasypywał śnieg.
.oOo.

Wieczorem śnieg przestał padać.
I otworzył się widok, hen, na zamarznięte morze, gdzie granatowa chmura przysłaniała zachód słońca.
Muminek patrzył na groźny żywioł wytaczający się z oddali.
Wyglądało to, jakby kurtyna szła w górę przed ostatnim, dramatycznym aktem przedstawienia. Podłoga sceny biała i pusta ciągnęła się aż po horyzont, a niebo ciemniało gwałtownie. Muminek, który nigdy nie widział burzy śnieżnej, sądził, że będzie to zwykła burza. Postanowił, że się nie przestraszy, gdy nadejdą pierwsze pomruki.
Ale pomruków nie było.
Ani błyskawic.
Natomiast nad jedną z przybrzeżnych skał zaczął unosić się, niby biała czapka, wirujący kłąb śniegu. Niespokojne podmuchy miotały się tam i z powrotem po lodzie i wzmagał się ich szept w nadbrzeżnym lesie. Granatu było coraz więcej, a uderzenia wiatru coraz gwałtowniejsze.
Nagle stało się tak, jakby wiatr otworzył wielkie drzwi ciemności i wszystko wypełniło się lecącym mokrym śniegiem. Muminek stracił równowagę i zatoczył się. W uszach miał pełno śniegu i bardzo był przestraszony.
Czas i cały świat zagubiły się.
Wszystko, czego można było dotknąć i co można było zobaczyć, umknęło gdzieś - został tylko zaczarowany wir roztańczonych wilgotnych ciemności.
Osoba rozsądna wiedziałaby, że w ten właśnie sposób rozpoczęła się długa wiosna.
Ale złożyło się tak, że nad brzegiem morza nie było żadnej rozsądnej osoby, był tylko Muminek, który szedł na czworakach pod wiatr w zupełnie złym kierunku.
Szedł i szedł, a śnieg zalepiał mu oczy i rósł grubą warstwą na pyszczku. Muminek był coraz bardziej i bardziej przekonany, że to wszystko, co się działo, zima wymyśliła po to, aby pokazać Muminkowi raz na zawsze, że nie da sobie z nią rady. Wpierw zwabiła go piękną zasłoną wolno opadających płatków, a potem w huraganie cisnęła mu w twarz cały ten piękny śnieg. I to właśnie wtedy, gdy sądził, że zaczyna lubić zimę.
W Muminku powoli wzbierała złość.
Wstał i spróbował przekrzyczeć wichurę. Popiskując bił śnieg, ale i tak nikt nie mógł go usłyszeć. W końcu Muminek zmęczył się.
Stanął plecami do burzy śnieżnej i przestał z nią walczyć.
I wtedy dopiero spostrzegł, że wiatr jest ciepły. A wiatr niósł go z sobą, czynił lekkim i dawał uczucie, że fruwa.
„Jestem po prostu wiatrem, jestem częścią zawiei - pomyślał Muminek uspokajając się. - To prawie tak jak latem. Bić się z falami i zawracać, pozwalać im nieść się w głąb morza, płynąć niby korek, kiedy masa małych tęcz mieni się w pianie, i z uczuciem lekkiego przestrachu, ale śmiejąc się, lądować na piaszczystym brzegu”.
„Strasz mnie, ile tylko chcesz - myślał zachwycony. - Teraz poznałem się na tobie. Nie jesteś gorsza niż wszystko inne, byleby cię poznać. Teraz już mnie nie oszukasz”.
A zima tańczyła z nim dalej po całym brzegu, aż w końcu zarył pyszczkiem w zaśnieżony pomost i zobaczył słabe, ciepłe światełko w oknie kabiny.
- Aha, więc jestem uratowany - powiedział z rozczarowaniem.
- Że też wszystko, co emocjonujące, musi się zawsze kończyć, kiedy się już tego nie boimy i kiedy nareszcie mogłaby z tego wyniknąć dobra zabawa.
Kiedy otworzył drzwi, buchnęło zza nich gorące, parne powietrze i Muminek niezbyt wyraźnie zobaczył, że kabinę wypełnia tłum.
- Jedna zguba już jest! - krzyknął ktoś.
- A kto jest drugą? - spytał Muminek ocierając śnieg z oczu.
- Drobinka Salome zabłądziła gdzieś w zawiei - odpowiedziała poważnie Too-tiki.
W powietrzu podjechała do niego szklanka gorącego mleka.
- Dziękuję - powiedział Muminek do niewidzialnej myszy.
Potem dodał: - Nigdy nie słyszałem, żeby Salome wychodziła na dwór.
- I my nie możemy tego zrozumieć - powiedziała najstarsza z Homków. - Nie warto jej szukać, dopóki burza się nie uspokoi. Bo przecież ona może być dosłownie wszędzie. Zresztą najprawdopodobniej została zasypana.
- A gdzie jest Paszczak? - spytał Muminek.
- Poszedł jej szukać - odrzekła Too-tiki. Zachichotała i powiedziała: - Rozmawialiście, zdaje się, o Górach Samotnych.
- No, i co z tego? - spytał Muminek gwałtownie.
- Masz ogromny dar przekonywania - odparła Too-tiki ze złośliwym uśmieszkiem. - Paszczak opowiadał nam, że tereny narciarskie w Górach Samotnych są kiepskie. I ogromnie był rad, że go tak lubimy.
- Ale ja chciałem... - zaczął Muminek.
- Nie przejmuj się - przerwała Too-tiki. - Może się zdarzyć i tak, że zaczniemy lubić Paszczaka.

.oOo.

Możliwe, że Paszczak nie odznaczał się zbyt subtelnym wyczuciem i że nie zawsze wiedział, co myśli o różnych sprawach jego otoczenie. Ale węch miał lepszy niż pies Ynk. (Poza tym węch Ynka zepsuły ostatnio uczuciowe rozmyślania).
Paszczak znalazł na strychu parę starych rakiet do tenisa i użył ich jako rakiet śnieżnych*. Spokojnie dreptał przez zawieję, pochylony, z nosem ku ziemi, starając się pochwycić lekki zapach tej najmniejszej z leśnych drobinek.
Przyszło mu na myśl, żeby zajrzeć do swojego domu ze śniegu, i tam poczuł wyraźnie zapach leśnego drobiazgu.
„To stworzonko było tu i szukało mnie - pomyślał Paszczak dobrotliwie. - Dlaczego ona to zrobiła?...” Nagle przypomniał sobie, że Salome usiłowała mu kiedyś coś powiedzieć, ale wyglądało na to, że nie potrafiła przezwyciężyć nieśmiałości.
I gdy tak szedł wśród zawiei, w pamięci przesuwały mu się obrazy, jeden po drugim: drobinka czekająca na pagórku... biegnąca jego śladem... obwąchująca mosiężną trąbę... I pomyślał zdumiony:
„Przecież byłem wobec niej nieuprzejmy”. Nie czuł wyrzutów sumienia, to bowiem zdarza się Paszczakom dość rzadko. Ale Salome zainteresowała go i postanowił ją odnaleźć.
Ukląkł więc w śniegu, żeby nie zgubić jej zapachu.
Zapach prowadził to tu, to tam, tak jak biegają małe stworzonka, kiedy tracą głowę z przerażenia. Przez chwilę Salome była na pomoście, i to niebezpiecznie blisko krawędzi. Potem zapach szedł w górę po zboczu i znikł.
Paszczak zastanawiał się przez chwilę, co było dla niego rzeczą dość męczącą.
Potem zaczął grzebać w śniegu. Rozgrzebał cały pagórek. I w końcu natrafił na coś małego i ciepłego.
- Nie bój się - powiedział. - To tylko ja.
Wsadził Salome między koszulkę i podkoszulek z lamiej wełny, wstał i poczłapał dalej na rakietach.
Właściwie prawie już zapomniał o Salome i myślał tylko o szklance gorącej wody z sokiem.

.oOo.

Nazajutrz - była to niedziela - wiatr znów się uciszył. Było ciepło i mglisto i wszyscy zapadali się w śnieg niemal po czubek nosa.
Cała dolina wyglądała jak wesoły księżycowy krajobraz. Zaspy tworzyły olbrzymie krągłe bochny lub piękne pozakręcane wzniesienia a brzegach ostrych jak nóż. Każda gałązka miała na sobie ogromny kapelusz ze śniegu, a drzew a wyglądały jak olbrzymie ciastka z piany, skomponowane przez cukiernika o dużej fantazji.
Wszyscy goście wylegli na śnieg i zorganizowali wielką wojnę na kule śnieżne. Konfitury kończyły się już bez mała, ale to właśnie one dodawały im sił w rękach i nogach.
Paszczak siedział na dachu drewutni i grał na trąbie, obok niego zaś siedziała uszczęśliwiona Salome.
Grał „Marsza triumfalnego Paszczaków” i zakończył swój ulubiony kawałek niebywale pełnym fantazji trututu. Potem zwrócił się do Muminka:
- Nie gniewaj się, proszę, ale chcę jednak wyruszyć w Góry Samotne. Na przyszłą zimę wrócę i nauczę cię jeździć na nartach.
- Ale mówiłem ci przecież... - zaczął Muminek.
- Wiem - przerwał mu Paszczak. - Wiem. Tak było wtedy. Ale po tej śnieżycy tereny zjazdowe są tam wręcz doskonałe. I pomyśl tylko, o ile lepsze jest tam powietrze!
Muminek spojrzał na Too-tiki.
Skinęła głową. Oznaczało to: „Pozwól mu jechać. Ta sprawa jest wyjaśniona i teraz wszystko ułoży się samo”.
Muminek wszedł do domu i otworzył drzwiczki kaflowego pieca.
Najpierw spróbował zwabić swojego przodka. Cichy, łagodny sygnał rozpoznawczy brzmiał mniej więcej tak: „Tio-oo, tio-oo”. Przodek nie odpowiedział.
„Zaniedbałem go - pomyślał Muminek. - Ale to, co się teraz dzieje, jest naprawdę ciekawsze od tego, co działo się tysiąc lat temu”.
Potem wyjął z pieca duży słój z konfiturami truskawkowymi, wziął kawałek węgla i napisał nim na papierowej pokrywce: „Mojemu staremu przyjacielowi - Paszczakowi”.

.oOo.

Tego wieczora Ynk brnął przez śnieg niemal całą godzinę, zanim doszedł do swego dołka. Za każdym razem, gdy Ynk w nim siedział i tęsknił, dołek powiększał się nieco, ale teraz znajdował się głęboko w zaspie śnieżnej.
Góry Samotne stały okryte śniegiem i błyszczały niebywałą bielą. Noc była bezksiężycowa, ale gwiazdy w wilgotnym powietrzu świeciły niezwykle jasno. Gdzieś daleko mruczała lawina. Ynk usiadł, żeby czekać na wilki.
Tej nocy musiał czekać długo.
Wyobrażał sobie, jak wybiegają na ośnieżoną przestrzeń, szare, wielkie i silne, jak nagle słysząc jego wycie przystają na skraju lasu. Może będą myślały: „Tam jest nasz towarzysz. Nasz kuzyn, z którym można by się poznać...”
Ta myśl poruszyła Ynka i dodała śmiałości jego fantazji. Oto stado wilków wyłania się na wzgórzu... wilki podbiegają do niego... machają ogonami... lecz tu Ynk przypomniał sobie, że prawdziwy wilk nigdy nie macha ogonem.
Ale to nic. Przyszły w każdym razie, poznały go... Nareszcie postanowiły, że będzie im mógł towarzyszyć...
Marzenie zmogło samotnego psa, podniósł pysk ku gwiazdom i zawył.
Wtedy wilki odpowiedziały.
Były tak blisko, że Ynka ogarnął strach. Niezręcznie usiłował zakopać się w śniegu.
Wszędzie wokół niego zapalały się oczy.
Wilki zamilkły. Otaczały go kręgiem, a krąg zbliżał się coraz bardziej. Ynk pomachał ogonem i zaskomlał, ale nikt mu nie odpowiedział. Zdjął swoją wełnianą czapkę i rzucił ją w powietrze, aby pokazać, że chętnie by się pobawił i że jest zupełnie nieszkodliwy.
Ale wilki nawet nie spojrzały na czapkę. I nagle Ynk zrozumiał, że się pomylił. To nie byli jego bracia i z nimi nie można było się bawić.
Można było tylko zostać zjedzonym i co najwyżej zdążyć jeszcze pożałować, że się postąpiło jak osioł. Ynk przestał machać ogonem i pomyślał: „Jaka szkoda, mogłem wysypiać się każdziusieńkiej nocy zamiast tu siedzieć i zamartwiać się na śmierć...”
Wilki podeszły jeszcze bliżej.
Wtem - czysty dźwięk trąby przebił leśną ciszę. Jej grzmiące tony, które strącały śnieg z drzew, sprawiły, iż żółte oczy wilków rozbłysły. W ciągu sekundy niebezpieczeństwo znikło, a Ynk siedział sam obok swojej wełnianej czapki. To Paszczak w rakietach śnieżnych w drapywał się na zbocze.
W jego plecaku siedziała leśna drobinka, Salome, ciepła i śpiąca, i słuchała muzyki.
- To ty tu siedzisz, piesku? - odezwał się Paszczak. - Długo na mnie czekałeś?
- Nie - odrzekł Ynk.
- Niebawem będziemy mieli szreń* - powiedział Paszczak wesoło. - A jak dojdziemy do Gór Samotnych, dostaniesz gorącego mleka z mojego termosu.
I nie odwracając się Paszczak szedł dalej.
Ynk ruszył za nim. I chyba była to najsłuszniejsza rzecz, jaką mógł zrobić.

ROZDZIAŁ SZÓSTY
POCZĄTEK WIOSNY

Po pierwszej wiosennej burzy w dolinie nastał niepokój i przyszły zmiany. Goście bardziej niż kiedykolwiek zatęsknili do domów. Jedni po drugich ruszali w drogę, najczęściej nocą, kiedy łatwiej było iść po zmarzniętej szreni. Niektórzy zrobili sobie narty, a każdy zabrał na drogę ca najmniej jeden mały słoik konfitur. Ostatni musieli podzielić się przecierem z żurawin.
Toteż w końcu, gdy ostatni z gości przeszli przez most, piwnica była najzupełniej pusta.
- Teraz zostaliśmy tylko my - powiedziała Too-tiki. - Ty i ja, mała Mi. A tajemnicze istoty schowały się aż do następnej zimy.
- Nigdy nie zobaczyłem tego z posrebrzanymi rogami - powiedział Muminek. - I tych małych, długonogich, co tylko śmignęli po śniegu. Ani tego czarnego, co przeleciał nad ogniem i miał takie bardzo duże oczy.
- Należeli do zimy - powiedziała Too-tiki. - Nie czujesz, że zaraz będzie wiosna?
Muminek przecząco pokręcił głową.
- Nic nie czuję. Chyba jeszcze za wcześnie.
Ale Too-tiki wywróciła swoją czerwoną czapkę wewnętrzną stroną na wierzch i teraz czapka była niebieska.
- Zawsze tak robię, kiedy czuję wiosnę nosem - rzekła, po czym usiadła na pokrywie studni i zaśpiewała:

Jestem Too-tiki, która wywróciła czapkę spodem na wierzch.
Jestem Too-tiki, która nosem czuje ciepły wiatr.
Teraz przyjdą wielkie sztormy.
Teraz przyjdą wielkie lawiny.
Teraz ziemia odwróci się i wszystko będzie inaczej,
I wszyscy będą mogli zdjąć ciepłe majtki i schować je do szafy.

.oOo.

Pewnego wieczoru, kiedy Muminek szedł z kabiny kąpielowej do domu, zatrzymał się na środku drogi i nastawił uszu.
Noc była pochmurna, ciepła, pełna ruchu. Drzewa od dawna otrząsnęły się ze śniegu i słychać było, jak poruszają w ciemności gałęziami.
Gdzieś z dalekiego południa nadbiegło mocne uderzenie wiatru.
Muminek słyszał, jak wiatr szumiąc przeleciał wśród leśnych drzew, jak minął go i popędził dalej przez dolinę.
Na pociemniały śnieg jak deszcz posypały się z gałęzi krople wody. Muminek podniósł pyszczek i wietrzył.
Może był to zapach ziemi... Ruszył dalej i teraz już wiedział, że Too-tiki miała rację. Naprawdę zaczynała się wiosna.
Po raz pierwszy od dawna przyjrzał się dokładnie swojej śpiącej Mamie i Tatusiowi. Stanął z lampą nad Panną Migotką i patrzył na nią w zamyśleniu. Jej grzywka lśniła w kręgu światła.
Migotka rzeczywiście była bardzo miła. Skoro tylko się obudzi, pobiegnie do szafy i wydobędzie swój zielony, wiosenny kapelusz.
Zawsze tak robiła.
Muminek postawił lampę na gzymsie pieca kaflowego i rozejrzał się po salonie. Wyglądało tu naprawdę okropnie. Większość rzeczy została wypożyczona, podarowana lub po prostu gwizdnięta przez któregoś z nierozsądnych gości.
To, co zostało, znajdowało się w nieopisanym rozgardiaszu.
Kuchnia była pełna nie zmytych naczyń. Ogień pod kotłem w piwnicy, który ogrzewał cały dom, wygasł, gdyż zabrakło już drzewa.
Piwnica na konfitury była pusta. A szyba wybita. Muminek zastanawiał się. Mokry śnieg zaczynał osuwać się z dachu. Słychać było, jak z łoskotem spada przed dom. W górnej części okna, które wychodziło na południe, ukazał się nagle strzęp chmurnego, nocnego nieba. Muminek podszedł do drzwi wejściowych i spróbował, czy dadzą się otworzyć. Wydało mu się, że trochę ustąpiły. Zaparł się więc łapkami w podłogę i nacisnął z całej siły.
Powoli, powolutku drzwi otwierały się, pchając przed sobą masę śniegu.
Muminek walczył, póki nie stanęły otworem na czarną noc.
I naraz wiatr wpadł prosto do salonu. Zdmuchnął kurz z tiulu na kryształowym żyrandolu, rozwiał popiół w piecu i załopotał rozlepionymi wokół ścian, kolorowymi obrazkami, z których jeden oderwał się i wyfrunął. Zapach nocy i iglastego lasu wypełnił pokój.
„To dobrze - pomyślał Muminek. - Trzeba od czasu do czasu przewietrzyć rodzinę”.
- Teraz mam wszystko - powiedział Muminek sam do siebie. - Mam okrągły rok. Również i zimę. Jestem pierwszym Muminkiem, który żył przez cały rok. - I na tym właściwie to zimowe opowiadanie powinno się skończyć. Pierwsza wiosenna noc i wiatr, który wpadł do salonu, stanowią na swój sposób pompatyczne zakończenie, a potem każdy mógłby sobie dowolnie wymyślać, co wydarzyło się dalej. Ale byłoby to jednak szachrajstwo.
Nikt bowiem nie wiedziałby na pewno, co powiedziała Mama, kiedy się obudziła. I czy przodkowi pozwolono nadal mieszkać w piecu. I czy Włóczykij zdążył wrócić, zanim książka się skończyła. I czy Mimbla dała sobie radę bez tekturowego pudła. I gdzie zamieszkała Too-tiki, kiedy kabina kąpielowa znów stała się kabiną kąpielową. I jeszcze wiele innych spraw.
Najsłuszniej więc będzie opowiadać dalej.
Przede wszystkim ważne jest pękanie lodów, zbyt dramatyczne, by je pominąć.

.oOo.

Teraz przyszedł tajemniczy miesiąc, miesiąc dni pełnych słońca, kapania z dachów, wiatrów i chmur szybko sunących po niebie, i mroźnych nocy, kiedy na śniegu tworzyła się szreń, a księżyc świecił oślepiająco. Muminek włóczył się na dolinie, pełen oczekiwania i dumy.
Nadchodziła wiosna, ale nie tak, jak ją sobie wyobrażał. Już nie ta, która uwolniła go od nieznanego i wrogiego świata, lecz wiosna, która była dalszym ciągiem wszystkiego, co przeżył, przezwyciężył i co sobie przyswoił.
Chciał, aby wiosna była długa, aby jak najdłużej zachować nastrój oczekiwania. Każdego ranka lękał się niemal sprawy najcudowniejszej: że ktoś z rodziny obudzi się. Poruszał się więc ostrożnie, bacząc pilnie, by nie stuknąć czymś w salonie. A potem biegł do doliny, wietrzył nowe zapachy i obserwował, co się tam zdarzyło od wczoraj.
Przy południowej ścianie drewutni spod śniegu wyłoniła się ziemia. Brzozy okalała poświata przypominająca mgiełkę o pięknym czerwonawym odcieniu - ale widać to było tylko z odległości.
Słońce świeciło prosto w zaspy śniegu, które zrobiły się kruche i popękały jak szkło. Lód był ciemny, zupełnie jakby prześwitywało przez niego morze.
Mała Mi wciąż jeszcze ślizgała się, ale zamiast blaszanych przykrywek od słoi miała noże kuchenne przymocowane do bucików na kant.
Muminek widział czasem ósemki wyrysowane przez nią na lodzie, ale ją samą rzadko.
Mi posiadała zdolność wesołego spędzania czasu na własną rękę i cokolwiek myślała o wiośnie, czy podobała się jej, czy nie, nie miała najmniejszej potrzeby dzielenia się swoimi poglądami na ten temat z kimkolwiek.
Too-tiki sprzątała w kabinie kąpielowej.
Wycierała do czysta czerwone i zielone szybki, żeby pierwszym muchom było tu przyjemnie, wywiesiła też płaszcze kąpielowe na słońce i starała się naprawić gumowego Paszczaka.
- Teraz kabina kąpielowa znowu będzie kabiną kąpielową - powiedziała. - A potem, kiedy wszędzie zrobi się zielono i miło, będziesz mógł leżeć na brzuszku na ciepłych deskach pomostu i słuchać, jak woda pluszcze o brzeg...
- Czemu nie mówiłaś mi tego w zimie? - przerwał Muminek. - To by mnie pocieszyło. Kiedyś powiedziałem: „Tu rosły jabłka”. A ty na to:. „Ale teraz rośnie śnieg”. Czy nie rozumiałaś, że ogarniała mnie melancholia?
Too-tiki wzruszyła ramionami.
- Wszystko trzeba odkryć samemu - powiedziała. - I również przejść przez to zupełnie samemu.
Słońce tymczasem piekło i piekło.
Borowało w lodzie dziury i kanały, a morze pod lodem niepokoiło się, stęsknione za wolnością.
Za horyzontem tam i z powrotem gnały wielkie sztormy.
Nocami Muminek leżał słuchając, jak w uśpionym domu coś trzeszczy i trzeszczy.
Przodek nie dawał znaku życia. Zamknął drzwiczki od pieca i być może znowu wycofał się do świata sprzed tysięcy lat. Sznur od szybra znikł ze szpary między ścianą a piecem, wraz ze wszystkimi pomponikami, haftem i innymi wspaniałościami.
„Podobał mu się” - pomyślał Muminek. Nie spał już w koszu z wełną, przeniósł się z powrotem do własnego łóżka. Rankami słońce na coraz dłużej i dłużej zaglądało do salonu i świeciło na pajęczyny i kłębki kurzu. Największe z kłębków, te, które tocząc się nabrały krągłości i osobowości, Muminek zazwyczaj wynosił na werandę. Ale małe mogły toczyć się, jak chciały.
Ziemia pod oknem od strony południowej była ciepła. Zaczął się w niej ruch - pękały brązowe cebulki, a cienkie niteczki korzeni chciwie wsysały tający śnieg.
Aż pewnego wietrznego dnia tuż przed zapadnięciem zmrok rozległ się na morzu donośny, majestatyczny huk.
- Oto - powiedziała Too-tiki odstawiając filiżankę z herbatą - przyszła wiosenna kanonada.
Muminek, aby jej posłuchać, wybiegł z kabiny kąpielowej na ciepły wiatr.
- Patrz, idzie morze - usłyszał za sobą głos Too-tiki.
W oddali pienił się biały skraj fal; złe i głodne pochłaniały zimowy lód.
Wtem po tafli przebiegła czarna szczelina, skręciła w prawo, w lewo, aż utknęła w miejscu bezsilnie i znikła. Morze na powrót się podniosło. Szczelin było coraz więcej. I były coraz szersze.
- Wiem, komu teraz będzie się bardzo śpieszyło - powiedziała Too-tiki.
Mała Mi widziała, że na morzu zaczyna się coś dziać. Ale nie mogła po prostu wytrzymać: musiała pójść aż tam, gdzie wyłoniły się fale, żeby popatrzeć. Przedostała się na sam skraj lodowej tafli i tuż przed nosem morza wykonała dumną ósemkę.
Potem zawróciła, ale zaraz znów wjechała na pękający lód.
Z początku na tafli były tylko cienkie rysy. Wszędzie, jak daleko mogła sięgnąć wzrokiem, układały się w napis: „Niebezpiecznie”.
Lód pękał, podnosił się i opadał wydając przy tym odgłosy uroczystego salutu armatniego, który zachwycał małą Mi.
„Niech no tylko ci idioci nie przyjdą mnie ratować - pomyślała. - To by mi wszystko zepsuło”. Jechała z taką szybkością, że aż złożyła się we dwoje na swoich kuchennych nożach, ale brzeg się nie przybliżał.
Naraz pęknięcia rozstąpiły się i stały się rzekami.
Chlusnęła niewielka, zła fala.
I oto nagle zaroiło się od małych rozhuśtanych wysp lodu, zderzających się z sobą raz po raz. Na jednej z nich stała mała Mi i patrząc na otaczającą ją wodę myślała niezbyt tym przerażona: „A to ci ładna historia!”
Muminek wyruszył na ratunek. Too-tiki patrzyła za nim przez chwilę, po czym weszła do kabiny i ustawiła kocioł z wodą na żelaznym piecyku. „Tak, tak - pomyślała z westchnieniem. - Zupełnie jak w tych opisach przygód. Ratować i zostać uratowanym.
Ale chciałabym, żeby kiedyś ktoś napisał o tej, która potem ogrzewa bohaterów”.
Muminek, pędząc co sił, zauważył wąską szparę, która sunęła po lodzie tuż obok niego. Biegła z tą samą szybkością, co on.
Czuł, jak lód chwieje się, pęka i zaczyna się kołysać.
Mała Mi stała na krze bez ruchu i patrzyła na skaczącego Muminka. Wyglądał zupełnie jak gumowa piłka, a oczy miał okrągłe z wysiłku i napięcia.
Kiedy wylądował obok niej, Mi wyciągnęła ramiona i powiedziała:
- Posadź mnie na swojej głowie, żebym w razie czego, jak będzie źle, mogła zeskoczyć. Chwyciła go mocno za uszy i zawołała:
- Kompania - kierunek brzeg - marsz!
Muminek spojrzał szybko w stronę kabiny kąpielowej. Z komina unosił się dym, ale na pomoście nie było nikogo, nikogo, kto by się mógł o niego niepokoić. Zawaha się i z rozczarowania poczuł zmęczenie w nogach.
- Całą parą naprzód! - krzyczała mała Mi.
Więc Muminek zaczął skakać. Skakał i skakał zacisnąwszy zęby, z drżącymi nogami. Za każdym razem, gdy przeskakiwał na nową krę, zimny prysznic oblewał mu brzuszek.
Tymczasem cała powierzchnia lodu popękała, a fale tańczyły walca.
- Skacz do taktu! - krzyknęła Mi. - Teraz nadchodzi fala... zaraz poczujesz ją pod łapkami... Hopsa!
I Muminek skakał, kiedy fala wolno przysuwała ku niemu kawałek kry.
- Raz, dwa, trzy, raz, dwa, trzy! - liczyła Mi w takt walca.
- Raz, dwa trzy - czekaj, raz, dwa, trzy - skacz!
Nogi mu drżały coraz bardziej, a brzuszek miał zupełnie zlodowaciały.
Nieoczekiwanie chmurne niebo jakby pękło i ukazał się czerwony zachód słońca, a 1ód i fale zabłysły tak silnie, aż kłuło w oczy. Muminkowi było teraz nieco cieplej w plecy, ale brzuszek marzł mu nadal i cały ten zły świat tańczył z nim walca.
Too-tiki która z okna kabiny kąpielowej śledziła to wszystko z należytą powagą, zobaczyła teraz, że zaczyna być niedobrze.
„Oj, oj - pomyślała. - Przecież on nie wie, że patrzyłam na niego przez cały czas...”
Wybiegła na pomost i zawołała:
- Brawo!
Ale było już za późno.
Muminkowi nie wystarczyło sił na ostatni samotny skok i tkwił teraz w wodzie, zanurzony po uszy, a mały żwawy kawałek kry szturchał go w kark.
Mi puściła uszy Muminka i długim susem przeskoczyła na ląd.
Aż dziw, jak zręcznie można sobie zawsze dać radę, kiedy się jest kimś takim jak Mi.
- Chwyć się! - powiedziała Too-tiki i wyciągnęła swoją mocną łapkę.
Leżała na brzuchu na desce do prania Mamy Muminka i patrzyła prosto w jego przestraszone oczy.
- No, nic, no, nic... - mówiła, powoli wciągając go przez brzeg kry.
Muminek wdrapał się na przybrzeżne kamienie i powiedział:
- Nawet nie wyszłaś i nie popatrzyłaś na mnie.
- Widziałam cię przez okno - odrzekła Too-tiki z troską. - Teraz musisz iść do kabiny i ogrzać się.
- Nie, pójdę do domu - powiedział Muminek, po czym potykając się ruszył przed siebie.
- Gorący sok! - zawołała za nim Too-tiki. - Nie zapomnij, że musisz napić się czegoś gorącego!
Droga była mokra od stajałego śniegu, Muminek czuł pod stopami korzenie i igliwie, łapki wciąż jeszcze mu drżały.
Ledwie uszedł kilka kroków, gdy wiewiórka w podskokach przebiegła mu drogę.
- Wesołej wiosny - powiedziała wiewiórka jakby w roztargnieniu.
- W miarę wesoła jest ta wiosna - odrzekł Muminek i ruszył dalej.
Nagle zatrzymał się i utkwił wzrok w wiewiórce. Miała duży puszysty ogon, który lśnił w zachodzącym słońcu.
- Czy nazywasz siebie wiewiórką z pięknym ogonem? - spytał wolno Muminek. - Ma się rozumieć - odpowiedziała wiewiórka.
- To ty ! - wykrzyknął Muminek. - Czy to rzeczywiście ty?! Ty, co spotkałaś lodową Panią?
- Nie pamiętam - odpowiedziała wiewiórka. - Ogromnie łatwo zapominam.
- Postaraj się sobie przypomnieć - prosił Muminek. - Nie pamiętasz na przykład tego przyjemnego materaca z kłaczków wełny?
Wiewiórka podrapała się za uchem i zastanowiła się.
- Pamiętam wiele materaców - powiedziała. - Z kłaczkami i bez. Kłaczki wełny to najlepsza rzecz, jaką znam - dodała, czym bezmyślnie w podskokach pobiegła w głąb lasu.
„Trzeba to będzie później wyjaśnić - pomyślał Muminek. - Teraz zanadto marznę. Muszę do domu...” - po czym kichnął, bowiem po raz pierwszy w życiu porządnie się zaziębił.
Ogień pod kotłem centralnego ogrzewania w piwnicy wygasł i w salonie było bardzo zimno.
Muminek drżącymi łapkami układał na swoim zmarzniętym brzuszku koc za kocem, lecz wcale nie zrobiło mu się cieplej. Bolały go nogi i kłuło w gardle. Życie nagle stało się zupełnie smutne, a nos wydawał się olbrzymi i obcy. Usiłował podkulić swój zimny jak lód ogonek i znowu kichnął.
Wtedy obudziła się jego Mama.
Nie słyszała kanonady, kiedy pękał lód, ani burzy śnieżnej, która wyła w kaflowym piecu, ani hałasu, kiedy jej dom pełen był niespokojnych gości, ani budzików, które dzwoniły przez całą zimę.
Teraz otworzyła oczy i zupełnie rozbudzona patrzyła w sufit.
Potem usiadła na łóżku i powiedziała:
- No widzisz, przeziębiłeś się.
- Mamo - powiedział Muminek szczękając zębami - gdybym chociaż był pewien, że to ta sama wiewiórka, a nie nowa.
Mama poszła prosto do kuchni, żeby zagotować wody z sokiem.
- Tam jest nie pozmywane - zawołał Muminek żałośnie.
- Dobrze, dobrze - powiedziała Mama. - Wszystko się zrobi.
Znalazła kilka polan za kubełkiem do śmieci, wyjęła sok porzeczkowy ze swego tajnego schowka i proszek, i flanelowy szalik.
Kiedy woda się zagotowała, zmieszała mocne lekarstwo przeciw przeziębieniu z cukrem, imbirem i starą cytryną, która zwykle leżała za kapturkiem na imbryk do herbaty, na przedostatniej półce.
Teraz kapturka na imbryk do herbaty już nie było. Imbryka do herbaty też nie. Ale Mama Muminka nie zauważyła tego. Na wszelki wypadek wyszeptała krótkie zaklęcie nad lekarstwem przeciw przeziębieniu, którego kiedyś nauczyła się od swojej babki. Potem weszła do salonu i powiedziała:
- Wypij to, póki gorące.
Muminek pił, a łagodne ciepło spływało do jego zziębniętego brzuszka.
- Mamo - powiedział - tyle rzeczy muszę ci wytłumaczyć...
- Najpierw musisz się przespać - powiedziała Mama obwiązując mu szyję flanelowym szalikiem.
- To tylko jedną rzecz - powiedział Muminek sennie. - Obiecaj, że nie napalisz w piecu. Bo tam mieszka nasz przodek.
- Ma się rozumieć, że nie napalę - powiedziała Mama.
Muminek poczuł się nagle zupełnie rozgrzany, spokojny i wolny od odpowiedzialności. Westchnął i wtulił nos w poduszkę. A potem zasnął i o niczym już nie wiedział.

.oOo.

Mama siedziała na werandzie i paliła pod szkłem powiększającym kawałek taśmy filmowej. Taśma tliła się i żarzyła, a ostra, przyjemna woń dymu kłuła Mamę w nos.
Słońce przypiekało tak mocno, że nad mokrą werandą unosiła się para; lecz w cieniu za schodami był lodowaty chłód.
- Trzeba by w ogóle budzić się trochę wcześniej na wiosnę - zauważyła Mama.
- To prawda - zgodziła się Too-tiki i spytała: - A on jeszcze śpi?
Mama skinęła głową potakująco.
- Trzeba ci było widzieć, jak skakał! - rzekła dumnie mała Mi. - On, który tylko siedział i jęczał, i przylepiał kolorowe obrazki przez całą zimę.
- Wiem, widziałam je - odpowiedziała Mama. - Musiał się czuć bardzo samotny.
- Potem poszedł i znalazł sobie jakiegoś przodka - trajkotała dalej Mi.
- Pozwól, niech sam wszystko powie, kiedy się obudzi - powiedziała Mama Muminka.
- Widzę przecież, że zdarzyło się tu niejedno, kiedy spałam.
Taśma filmowa skończyła się, ale przy okazji Mama Muminka wypaliła okrągłą czarną dziurę w podłodze werandy.
- Na przyszłą wiosnę muszę obudzić się przed innymi - powiedziała. - Żeby można było mieć spokój i robić to, na co się ma ochotę.

.oOo.

Kiedy Muminek zbudził się wreszcie, gardło już go nie bolało.
Zobaczył, że Mama zdjęła tiul z kryształowego żyrandola i rozwiesiła firanki. Meble stały na swoich dawnych miejscach, a wybitą szybę załatano kawałkiem tektury. Wszystkie kłębki kurzu znikły.
Lecz rupieci przodka pod piecem leżały nie tknięte. I widoczna tam była starannie wykonana wywieszka, na której Mama napisała:

NIE WOLNO RUSZAĆ!

Z kuchni dobiegały uspokajające odgłosy zmywania.
„Czy powiedzieć Mamie o tym, który mieszka pod szafką? - myślał Muminek. - Może nie...” Zastanawiał się, czy nie chorować jeszcze trochę, żeby Mama nim się opiekowała. Ale uznał w końcu, że będzie ciekawiej i lepiej, jeśli on zaopiekuje się Mamą.
Poszedł więc do kuchni i powiedział:
- Chodź, pokażę ci śnieg.
Mama zaraz przestała zmywać i wyszli na słońce.
- Teraz zostało już niewiele - objaśniał Muminek. - Ale żebyś zobaczyła w zimie!
Zaspy nad całym domem! Wpadało się po sam nos! Śnieg, rozumiesz, spada z nieba w postaci małych, zimnych gwiazdek, a tam w górze, rozumiesz, wiszą i powiewają granatowe i zielone firanki.
- Jakie to musi być piękne - powiedziała Mama.
- Tak, a potem jeździ się po śniegu - opowiadał dalej Muminek. - To się nazywa jazda na nartach. Zjeżdża się prosto na dół, błyskawicznie i w wielkiej chmurze śniegu, a jeśli się nie uważa, to można się nawet zabić!
- Co ty mówisz? - powiedziała Mama. - I do tego używa się tac?
- Nie, one są lepsze na lodzie - wymamrotał Muminek, trochę zmieszany.
- No, proszę - powiedziała Mama Muminka mrużąc oczy i patrząc w słońce. - Życie jest po prostu zachwycające. Zawsze myślałam, że srebrnej tacy można używać tylko w jeden sposób, a tu okazuje się, że o wiele lepiej nadaje się do czegoś zupełnie innego. Każdy mówi: nie smaż takich ilości konfitur - a tu, proszę, wszystkie zostały zjedzone!
Muminek zaczerwienił się.
- Czy Mi opowiedziała ci... - zaczął.
- A jakże - odrzekła Mama. - Całe szczęście, że zająłeś się gośćmi i nie muszę teraz przed nikim świecić oczyma ze wstydu. I wiesz co - dom jest jakby o wiele przestronniejszy bez tej całej masy dywanów i drobiazgów. Poza tym nie będzie trzeba tak często sprzątać.
Mama Muminka zgarnęła trochę śniegu i zrobiła z niego kulę.
Rzuciła ją, jak zwykle robią to mamy, niezbyt daleko.
- Nie umiem rzucać - powiedziała i zaśmiała się. - Nawet Ynk zrobiłby to lepiej.
- Mamo, tak strasznie cię lubię - powiedział Muminek.
Poszli wolno w stronę mostu. Zajrzeli do skrzynki, ale poczta jeszcze nie nadeszła. Wieczorne słońce rzucało poprzez dolinę długie cienie, wszystko było spokojem i ciszą.
Mama usiadła na poręczy mostu i powiedziała:
- A teraz chcę nareszcie usłyszeć coś więcej o naszym przodku.

.oOo.

Następnego ranka, wszyscy - cała rodzina - obudzili się naraz. Obudzili się właśnie tak, jak należy się budzić, gdy nadeszła wiosna - od hałaśliwej i wesołej katarynki.
Too-tiki stała pod kapiącym dachem w swojej wywróconej na lewą stronę i błękitnej jak niebo czapce i kręciła korbką, a słońce błyskało w srebrnych okuciach katarynki.
Obok niej siedziała mała Mi, trochę dumna, trochę zawstydzona, jako że własnymi łapkami starała się pozszywać kapturek na imbryk do herbaty i wypolerować piaskiem srebrną tacę. Ani kapturkowi, ani tacy nie wyszło to na dobre, ale być może zamiary ważniejsze są od wyników.
Od strony pagórka nadchodziła zaspana Mimbla, wlokąc za sobą dywan z salonu, w którym przespała całą zimę. Tego dnia wiosna postanowiła nie być poetycka, lecz tylko rozbawiona. Wyrzuciła w powietrze całą moc małych zbłąkanych chmurek, zmiatała z dachów ostatnie resztki śniegu, zrobiła mnóstwo nowych małych strumyków i w ogóle bawiła się w kwiecień.
- Obudziłam się! - zawołała Panna Migotka głosem, który był pełen nadziei. Muminek życzliwie pogładził jej pyszczek swoim pyszczkiem.
- Wesołej wiosny! - powiedział i jednocześnie pomyślał, czy kiedykolwiek będzie mógł jej opowiedzieć o swojej zimie tak, żeby to zrozumiała.
Zobaczył, że pobiegła do szafy wyjąć zielony wiosenny kapelusz.
Widział, jak Tatuś z, przejęciem bierze wiatromierz i łopatę i wychodzi na werandę.
Katarynka Too-tiki grała przez cały czas, a słońce świeciło w dolinę, jakby przyroda, chciała przeprosić, że była tak nieżyczliwa dla swoich najmniejszych stworzonek.
„Dziś wróci Włóczykij - pomyślał Muminek. - To najbardziej odpowiedni dzień na powrót do domu”.
Stał na werandzie patrząc, jak rodzina krząta się w ogrodzie, wesoło i żwawo jak każdej wiosny. Jego oczy spotkały się z oczyma Too-tiki. Dokręciła walca, roześmiała się i rzekła:
- Teraz kabina kąpielowa jest wolna!
- Uważam, że jedyną osobą, która odtąd może mieszkać w kabinie, jest właśnie Too-tiki - powiedziała Mama Muminka. - A poza tym te kabiny kąpielowe to takie mieszczańskie. Równie dobrze można włożyć majteczki kąpielowe nad brzegiem morza.
- Dziękuję bardzo - powiedziała Too-tiki. - Zastanowię się nad tym.
I ruszyła ze swoją katarynką dalej w głąb doliny, aby obudzić inne, śpiące jeszcze stworzonka.
Panna Migotka natychmiast znalazła pierwszego odważnego krakusa, który wysunął już nos. Przebił ciepłą ziemię pod oknem przy południowej ścianie domu i nie był nawet jeszcze zielony.
- Przykryjmy go szklanką - powiedziała Panna Migotka. - Żeby nic mu się nie stało w nocy, kiedy będzie zimno.
- Nie rób tego - powiedział Muminek. - Niech sobie sam radzi. Myślę, że wyjdzie mu to na dobre, jeżeli będzie miał trochę trudności.
Muminek poczuł nagle taką radość, że zapragnął być sam. Wolno okrążył drewutnię. A kiedy już nikt nie mógł go zobaczyć, zaczął biec. Biegł przez topniejący śnieg, a słońce grzało go w plecy. A biegł tylko dlatego, że był szczęśliwy i nie myślał o niczym.
Przez pomost i pustą, wywietrzoną kabinę dobiegł do brzegu morza.
Potem usiadł na schodkach, pod którymi toczyły się wiosenne fale.
Z oddali coraz ciszej słychać było katarynkę; grała gdzieś daleko w dolinie.
Muminek przymknął oczy, aby przypomnieć sobie wszystko z tego czasu, kiedy to wszędzie rozciągał się lód i stapiał się z mrocznym horyzontem.


__________________________
* Rakiety śnieżne - zakładane na buty, drewniane, przeważnie owalne obręcze z umocowanymi wewnątrz deszczułkami lub plecionką ze skóry, ułatwiające chodzenie po śniegu.
* Szreń - zlodowaciała skorupa na powierzchni śniegu powstała pod wpływem nagłego obniżenia się temperatury po okresie odwilży.

Copyright ˆ 2010-2012 Dolina Muminków. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Stopka forum

RSS
Powered by PunBB
© Copyright 2002–2008 PunBB
Polityka cookies - Wersja Lo-Fi


Darmowe Forum | Ciekawe Fora | Darmowe Fora
www.pokemon-fan-game.pun.pl